Czy zastanawialiście się kiedyś nad podglądactwem ?? Tak, tak Kochani !! Możecie teraz powiedzieć - Zboczeniec !! Nic bardziej mylnego. Człowiek w swojej naturze ma wpojone i zakorzenione podglądactwo. Jedni spowici wypiekami, w zaciszu zasłony, spoconą dłonią dzierżąc lornetkę podglądają sąsiadkę (lub sąsiada, wedle płci i upodobania). Ja osobiście wolę w dłoni trzymać aparat z odpowiednim nakręconym nań obiektywem.
Polowanie zaczyna się oczywiście standardowo. Najpierw wchodzę w gąszcz bezdroża, płoszę zwierzynę wszelaką swym jestestwem, klnę siarczyście, przestawiam wzrok na makropercepcję. Co to takiego ?? Nic innego jak tylko zdolność postrzegania czegoś mniejszego niż wszystko to, co nas otacza. Często gęsto w obszarze naszego zainteresowania znajdują się żyjątka nie większe niż paznokieć małego paluszka. No, śmiało, spójrzcie na swoje paznokcie :) Będziecie mieli wyobrażenie tego, co muszę znosić w swojej codziennej zabawie w makrofotografie. Wiedzieć Wam trzeba, że przestawienie wzroku w moim przypadku jest wyjątkowo trudne. Zanim wypatrzę odpowiedniego osobnika, potrafi go już dawno nie być. Zdarzają się jednak takie sytuacje, kiedy ucieczka jest conajmniej utrudniona. Takie sytuacje są dla makrofotografa o tyle korzystne, że obiekt zainteresowania jest dla niego, że tak powiem - stabilny. I nie jest to sytuacja, kiedy przybijemy delikwenta szpilką do listka lub gałązki, bo z tym także się spotkałem. [teraz szybko zerknijcie na zdjęcie]. Nie są za to stabilne zazwyczaj warunki pogodowe. Kto próbował kiedyś współpracy z Raynoxem, ostrząc metodą odstawno - dostawną - ten wie, co oznacza kląć na najmniejszy zefirek, który akurat złośliwie zawieje w momencie upragnionego uwolnienia migawki. Jest oczywiście cała gama złośliwości utrudniających nam działanie, jednakże najważniejszy jest efekt naszej pracy. Spójrzcie teraz na zdjęcie poniżej raz jeszcze. I odpowiedzcie mi w komentarzach jakie uczucia towarzyszą Wam w momencie oglądania zdjęcia i co lubicie najczęściej podglądać w swoim życiu :)
Moje Makroboje
Moje makroboje - czyli spacer z obiektywem poprzez przepastne chaszcze bezdroży...
piątek, 1 lipca 2011
środa, 22 czerwca 2011
Powitanie...
Witaj strudzony przybyszu... Usiądź wygodnie, ujmij w swe dłonie kubek gorącej herbaty i daj się ponieść mym makrobojowym opowieściom. Będę snuć je w tym miejscu mam nadzieje jak najczęściej... O ile mój ograniczony czas na to pozwoli...
Kilka słów o Mnie na samego pisania początek... Otóż co powiedzieć można o sobie nadal skromnym pozostając... Początkujący ze mnie przeszukiwacz chaszczy... Niepoprawny łamacz gałązek i szeleszczących elementów odstraszania wszelkiej gadziny, na którą poluje... Jednym słowem człowiek, który w swej wielkiej i zwalistej postaci jest zaprzeczeniem typowego opisu makrofotografa... Wyobraźcie sobie skradające się dwa metry chłopa 120 kilowego... Czy to już nie jest groteskowe ?? Do tego typowy subtelny chód słonia w składzie porcelany, wrodzona wręcz zdolność potykania się o wszystko, o co można się potknąć... Nic tylko iść ze mną w plener... Polecam !! Gwarantowana dobra zabawa... gorzej może być ze zwierzyną wszelaką, którą chętnie byście widzieli na ekranie wyświetlacza aparatu...
Dziś chciałbym zaprezentować małą próbkę mojej amatorskiej ganianiny po chaszczach. Zdjęcie wykonane po wielu długich chwilach, w których to siedziałem samotnie na łące ściskając w dłoni aparat i klnąc siarczyście... Spytacie pewnie z jakiej to przyczyny klnę jak szewc podczas plenerów... Otóż zdradzę Wam mój sekret... Jest on także moją największą bolączką... Robale, jak już zdecydują się na wyjście ze swych kryjówek, podejdą do mnie i zasygnalizują, że one tu na łące siedzą i naprawdę można je znaleźć... uciekają... i to gdzie pieprz rośnie, jak tylko podniosę się z ziemi i skieruje w ich kierunku obiektyw... Nie wierzycie ?? To spójrzcie...
Kilka słów o Mnie na samego pisania początek... Otóż co powiedzieć można o sobie nadal skromnym pozostając... Początkujący ze mnie przeszukiwacz chaszczy... Niepoprawny łamacz gałązek i szeleszczących elementów odstraszania wszelkiej gadziny, na którą poluje... Jednym słowem człowiek, który w swej wielkiej i zwalistej postaci jest zaprzeczeniem typowego opisu makrofotografa... Wyobraźcie sobie skradające się dwa metry chłopa 120 kilowego... Czy to już nie jest groteskowe ?? Do tego typowy subtelny chód słonia w składzie porcelany, wrodzona wręcz zdolność potykania się o wszystko, o co można się potknąć... Nic tylko iść ze mną w plener... Polecam !! Gwarantowana dobra zabawa... gorzej może być ze zwierzyną wszelaką, którą chętnie byście widzieli na ekranie wyświetlacza aparatu...
Dziś chciałbym zaprezentować małą próbkę mojej amatorskiej ganianiny po chaszczach. Zdjęcie wykonane po wielu długich chwilach, w których to siedziałem samotnie na łące ściskając w dłoni aparat i klnąc siarczyście... Spytacie pewnie z jakiej to przyczyny klnę jak szewc podczas plenerów... Otóż zdradzę Wam mój sekret... Jest on także moją największą bolączką... Robale, jak już zdecydują się na wyjście ze swych kryjówek, podejdą do mnie i zasygnalizują, że one tu na łące siedzą i naprawdę można je znaleźć... uciekają... i to gdzie pieprz rośnie, jak tylko podniosę się z ziemi i skieruje w ich kierunku obiektyw... Nie wierzycie ?? To spójrzcie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

